Czy powinniśmy pomagać za wszelką cenę dzikim zwierzętom?

Po rozpoczęciu pracy dla zwierząt, znajomy mi powiedział, że być może lepiej by było, aby wszystkie gatunki zagrożone jednak wyginęły. Czułam wtedy mocną niezgodę, wręcz złość, że ktoś może tak mówić. Ale im dłużej rozmawialiśmy, tym szybciej docierało, że są rzeczy, których w swojej głowie nie zakładałam. Miałam tylko i wyłącznie swój punkt widzenia, nie pozwalałam sobie na to, aby rozpatrzeć inne scenariusze. Od tamtego dnia, staram się o tym pamiętać.

I tak wyglądają moje ostatnie 4 lata. Rozwijam się w tematach, za którymi naprawdę ciężko nadążyć. Robię to, aby jak najlepiej wykonywać swoją pracę i pomagać zwierzętom. I to nie tyczy się tylko strefy zawodowej, ale i opieki nad zwierzętami, które tutaj spotykamy. Najlepszym i najsmutniejszym przykładem będzie, historia jeży.

Smutna historia jeży

Gdy zaczęłyśmy je po kolei znajdować w ogrodzie, w stanie naprawdę słabym, podjęłyśmy się próby pomocy. Doskonale wiemy, że jeże są gatunkiem zagrożonym i należy im pomagać, ale czy na pewno?

Początkowo znalazłyśmy małe sieroty, które były tak głodne, że wyjadały kocią karmę z misek. Leżały w dzień na słońcu. Jest to pierwszy znak, iż coś z nimi nie było okej. Nie chcąc ich zabierać do domu, zostawiłyśmy je w wolierze żółwia, gdzie miały siano oraz stały dostęp do jedzenia i picia.

Wieczory stawały się coraz chłodniejsze, a jeże coraz słabsze. Ostatecznie zabrałyśmy wszystkie. Było ich osiem.

Od razu przeczytałam fora na temat jeży, dzwoniłyśmy do wielu ośrodków z pytaniami, na które nie dostawałyśmy odpowiedzi. Ośrodki były już tak przepełnione jeżami, że polecano nam odkarmić jeże w domu. Problem jednak leżał w tym, że to był czas, gdy jeże powinny iść spać i hibernować. Nasze były na to za słabe i za małe, co oznaczało, że zostaną z nami co najmniej 7 miesięcy. Nie było to dla nas problemem, ale nie wiedziałyśmy, że będzie tak źle.

Tak, jeże miały pasożyty, zanim zaczęłyśmy je odrobaczać, trzeba było je dokarmić, do odpowiedniej wagi. Bardzo ciężko było utrzymać trend zwyżkowy. Karmiłyśmy na początku z butelki co kilka godzin i co chwila nasza nadzieja rosła, a potem umierała, z kolejnym jeżem. Nie wiemy, co się działo, weterynarz nie był w stanie pomóc, oprócz przypisania czegoś na odrobaczenie.

Grafika, Lasy Państwowe / Polska grupa infograficzna

W dobie kryzysu napisałam nawet do Hugh Warwick’a, autora książki „Jeże„. On też nie był w stanie pomóc. Gdy przeszłyśmy na karmę białkową, która była „żywa”, bo jeże lepiej przyjmują żywe owady, dobiła nas nasza moralność.

Tak postanowiłyśmy nagiąć nasze zasady, aby ratować ten gatunek. Był to najcięższy czas dla nas wszystkich. Przez chwilę było dobrze, potem znowu źle. Wynik był coraz gorszy. Na rękach umierały nam kolejne zwierzaki, bolało.

Do kwietnia został z nami tylko jeż Maciek, z zupełnie innego miotu. Miot, który umarł, miał chyba zespół chwiejności jeży, objawy przy każdym kolejnym dzieciaku były takie same.

Maciek natomiast był duży, ale osowiały. Po zabraniu do domu mam wrażenie, że miał depresję. Nie chciał biegać, wychodził tylko po jedzenie i wracał, w kwietniu postanowiłyśmy go wypuścić. Była szansa, że jest chłodno, ale nie mogłam pozwolić mu umrzeć ze smutku w domu. Po uwolnieniu szybko zaczął oglądać teren, jakby odżył. Trzy dni później, znalazłyśmy Maćka martwego.

Czy dajemy zwierzętom prawdziwą wolność?

Ta długa walka o życie zmusiła nas do przemyśleń. Moim zdaniem jeże czują się okropnie w zamknięciu i z człowiekiem, są to zwierzęta dzikie i dużo bardziej się stresują, choćby naszym zapachem. Pomoc im może nie przynosić zatem odpowiednich rezultatów.

Jest szansa, że ten gatunek wyginie i to jest bardzo smutne, ale dziś już wiem, że może to być dla nich lepsze. Jeże giną pod kołami aut, bo lubią wygrzewać się na asfalcie, jednak wierzą też, że ich kolce uratują je przed wszystkim.

Niestety nie uratują ich przed kosiarką, psem, borsukiem, pestycydami, pasożytami. Jako ludzie zabieramy coraz więcej ziemi, pod uprawy, hodowlę przemysłową. Dzikie zwierzęta, nie mają dostępu do żywności jak kiedyś, dlatego coraz częściej widzimy je w miastach. Ich walka jest niewidoczna, ale to nie one są intruzami, tylko my. A my nie jesteśmy w stanie dobrze zadbać o zwierzęta domowe, hodowlane, a już najgorzej o dzikie. Jest jeszcze tyle do zrobienia, dlatego uważam, że warto zawsze sobie zadać pytanie: który scenariusz będzie lepszy, czy ta pomoc zawsze ma sens?

Ostatnio do domu prawie wróciłyśmy z małą sarenką. Będąc u weterynarza, usłyszałyśmy, że sarenka szuka domu, po tym jak ktoś bezmyślnie zabrał ją z lasu. Musimy pamiętać, że małe zwierzaki często zostają same bez opieki, a ich matki wracają po kilku godzinach. O ile zwierzę nie jest ranne, nie powinniśmy go dotykać, bo właśnie wtedy zmniejszamy jego szansę na przeżycie.

Jak pisał Will Kimlicka i Sue Donaldson w tekście o sanktuariach (Farmed Animal Sanctuaries: The Heart of the Movement?), które pomagają zwierzętom.

Większa wolność i wybór dla zwierząt niesie ze sobą większe ryzyko – drapieżnictwa, zranienia, strachu czy konfuzji. Ale jak powiedział Jonathan Balcombe, najlepsze życie nie jest najbezpieczniejszym życiem (Balcombe, 2009, s. 214). Jeśli jednak spojrzymy na nasze wcześniejsze podsumowanie zasad, jakimi kierują się standardowe schronienia i sanktuaria, to zobaczymy, że nacisk kładziony jest w przeważającej mierze na bezpieczeństwo-poprzez ochronę przed krzywdą, zaniedbaniem, wyzyskiem, utowarowieniem lub instrumentalizacją oraz poprzez zapewnienie podstawowych potrzeb. Brakuje natomiast zaangażowania w tworzenie społeczności bardziej przestronnych, złożonych, zróżnicowanych, otwartych, nieprzewidywalnych i wolnych, w których zwierzęta mogą aktywnie decydować o tym, jak będą żyć. A to, jak będziemy twierdzić, wymaga odejścia od idei sanktuarium jako schronienia na rzecz sanktuarium jako nowego rodzaju intencjonalnej społeczności, której przyszłe kierunki mogą być kształtowane przez wszystkich jej członków.

Tworzenie schronienia i niesienie pomocy musi tak więc uwzględniać sporo dodatkowych czynników. Dawana przez nas opieka, czasami może wyrządzić więcej krzywdy. Nie mówię, że nie powinniśmy pomagać, ale mówię, że nie powinniśmy się też oszukiwać, że dajemy wolność. Być może dajemy lepsze warunki niż miały dane zwierzęta wcześniej, ale tak naprawdę, to powinny one móc żyć na wolności, nie być hodowane jako produkty, posiadać własne tereny, nie być udomawiane.

Czy dziś podjęłabym się pomocy jeżom? Moja odpowiedź w głowie wybrzmiewa jako NIE, ale szczerze totalnie nie wiem. Na pewno próbowałabym oddać je do jakiegoś ośrodka, albo lepiej ocenić ich stan.

Jak zatem pomagać?

To ciężkie pytanie, nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale przede wszystkim musimy uznać suwerenność dzikich zwierząt. Nie powinniśmy np. ratować jelenia, przed drapieżnikiem, albo wpływać na cykl pokarmowy w sposób, który mógłby negatywnie wpłynąć na ich życie i znowu podporządkować je człowiekowi.

Ciążą na nas obowiązki sprawiedliwości wobec zwierząt dzikich. Poszanowanie suwerenności wspólnot zwierząt dzikich oznacza, że powinniśmy zachować dużą ostrożność w podejmowaniu interwencji w przyrodę. […} Jeśli możemy pomóc zwierzętom, nie uzurpując sobie ich autonomii i nie powiększając ich krzywdy, nie wolno nam stać obojętnie wobec ich cierpień.

~Zoopolis Teoria polityczna praw zwierząt. Sue Donaldson, Will Kymlicka.

Jeżeli chcesz poczytać więcej o różnych podejściach do praw zwierząt i niesienia im pomocy polecam według mnie jedną z najlepszych książek: Zoopolis Teoria polityczna praw zwierząt.

Daj znać w komentarzach, co myślisz o pomaganiu zwierzętom? Czy powinniśmy pomóc niektórym gatunkom wyginąć? Czy warto było odnawiać gatunek pandy, aby znowu wypuścić ją w miejsca, w których nie mogą żyć pełnią życia?

Written by

Agnieszka

279 Posts

W wolnych chwilach rozmyślam jak zmienić świat na lepszy, poszukując magii człowieczeństwa. Uwielbiam czytać książki i prowadzić działania na rzecz zwierząt. Nie potrafię zupełnie pisać o sobie, wolę o innych.
View all posts